piątek, 30 grudnia 2011

Na Zimę - Sen Nocy Letniej

Zima tym razem postanowiła się nie rozpędzać. Co akurat mi bardzo pasuje i sądzę, że pasuje również wielu innym posiadaczom aut. Żadnego skrobania, odśnieżania i dodatkowego ładowania akumulatorów.

Dla mnie zima może być jesienna, a jesień letnia, a lato nocne, a noc senna.

Ale zbudowałem nawiązanie. Niech mnie drzwi ścisną. Bez sensu. Ale cóż począć. Terminy gonią dlatego szybko przejdę do III premiery (ile trzeba premier, aby premiera przestała być nazywana premierą?) baletu „Sen nocy letniej” Feliksa Mendelssohna w Operze Nova. Tym razem balet w choreografii i inscenizacji Karola Urbańskiego.


Wiecie jak fajnie, gdy człowiek sobie idzie korytarzem mijając kasę przed którą tłoczą się spragnieni baletowych wrażeń widzowie (może uda się dostać jaką wejściówkę), a ty masz bilet w kieszeni i nic kompletnie nic ciebie nie obchodzi. Ehhhh cóż za miłe uczucie, gdy patrzy się z pewną wyższością na tych skotłowany ludzi. Oj nie wszyscy wejdą - nie wszyscy. Sala opery wypełniona po brzegi. Dostawione krzesła nie zaspokoiły zapotrzebowania na miejsca. A najbardziej pokrzepiające jest to, że ludzi jednak coś w tej klasyce kręci.

Cały spektakl jest bardzo grzeczny. Klasyczna choreografia, klasyczna aranżacja i tylko efekty specjalne bardzo mało klasyczne. Włączenie Symfonii „Włoskiej” i „Szkockiej” wyszło całemu przedstawieniu na dobre. Słuchacz i widz jednocześnie, może w ten sposób zapomnieć o kiczowatym do granic możliwości „Marszu Weselnym”, którego K.Urbański się nie ustrzegł. Z drugiej strony, może w Marszu tkwi tajemnica sukcesu (mam nadzieję, że i komercyjnego). Marsz był troszeczkę pod publiczkę, tak jakby z góry założono, że każdy musi coś dostać.

Jedni będą ganić, inni chwalić, a mnie się całość podobała. Osobiście jestem zwolennikiem baletu współczesnego, takiego jaki był w „Zniewolonym umyśle” (balet który również jest w repertuarze Opery Nova).

Ponieważ nie zamierzam schlebiać tutaj komukolwiek w cytacie muzycznym proponuję posłuchać kołysanki. Zdumionym powiem, że to też z baletu.

You spotted snakes








Na koniec apel do decydentów. Czy możecie wpłynąć na Operę Nova, aby zaczęła poważnie traktować widzów spoza Bydgoszczy i wprowadziła łaskawie sprzedaż biletów na spektakle przez Internet? To zaczyna być żenujące i irytujące, kiedy trzeba gnać do kasy i odbierać rezerwację, skoro można wydrukować bilet w domu. Helołłłłłł droga Opero - technika już na to pozwala.

Grudniowy Listopad cz.2 Epizod II

Było tak.

Pamiętacie jak w październiku narzekałem, że nie posiadam zaproszeń na Koncert Galowy z okazji 90-lecia Szkół Muzycznych w Toruniu.

Narzekałem i wykrakałem.

Zgłosiłem się do kasy Dworu Artusa, aby zgodnie z ogłoszeniem na plakatach (dużych jak słoń) tam kupić bilety na wymieniony koncert. Wyposażony w odpowiedni zasób gotówki stanąłem przed okienkiem. Stoję i przysłuchuję jak pani za szybą tłumaczy przez telefon, że nie sprzedaje biletów na koncert, ponieważ przed chwilą się dowiedziała, ze nie ma ich sprzedawać. Gdy odłożyła słuchawkę spojrzała na moją lekko zdziwioną minę. No to ja wykorzystując jej uwagę tłumaczę, że podsłuchałem rozmowę, że także jestem zainteresowany zakupem biletów i że co teraz. Na co ona, że biletów już nie sprzeda, bo od tej pory, to nie są bilety ale wejściówki, i nie dostanę ich tutaj ale w ZSM. Myślę sobie. I jest dobrze, i jest źle. Dobrze, ponieważ gotówka pozostanie w kieszeni, a źle, gdyż muszę jechać na koniec miasta, aby te wejściówki zdobyć.

Czegóż nie robi się dla muzyki. Poza tym, obiecałem gościom z południa Polski, że załatwię te bilety (teraz już wejściówki). Mam czas, to jadę. Przedostawszy się przez portiernię w ZSM dotarłem do sekretariatu. Nieśmiało zapytałem panią za „ladą”, czy otrzymam wejściówki na Koncert Galowy. Pani tak na mnie spojrzała z niedowierzaniem w oczach (chyba nie wyglądam na melomana) i dosyć szorstko dopytała „Ile Pan chce?” a ja na to, że trzy. Pani poszperała, poszperała i wyjęła kopertę, a z kopert żółtobrązowe kartoniki. Podziękowałem, zakręciłem się na obcasie i tyle mnie widziała. Prowadzę auto i myślę SUKCES. Staśkiewicz, Wakarecy i Fiugajski – mam wejściówki i nie zawaham się ich użyć.

W wieczór koncertu, zaparkowanie przed Aulą UMK było sporym wyzwaniem. Ludzie tłumnie nawiedzili, to miejsce. Jednak kolega z Katowic nie w takich opresjach bywał. Jak tylko dostrzegł odrobinę miejsca, to niczym jaguar dopadł „zwierzynę” i wyłączył silnik. Od trzaśnięcia drzwiami było już tylko gorzej.

Gdy chcieliśmy osiąść na miejscach najpierw skierowano nas w dół. Następnie okazało się, że ci z wejściówkami to nie w dół tylko w górę (doły zajmowały VIP-y i ci z biletami, których już ja nie dostałem). Ponownie w górę, tam poinformowano nas, że te miejsca są dla absolwentów ZSM. Powoli zaczęło robić się głupio. W końcu na wysokości dźwiękowca osadziliśmy swoje kości.

10-15 minut obsuwy w rozpoczęciu uroczystości, to jeszcze żadna tragedia. Ale gdy rozpoczęły swój „koncert” tzw. gadające głowy, to trwał on ponad godzinę. Nawet Pani Dyrektor przesadziła. Przy takich okazjach zwięzłość powinna być cnotą. Jak ktoś chciałby znać historię szkoły ze szczegółami, to zakupiłby okolicznościową książkę. Następnie chwila „wzruszeń” na słowa Prezydenta miasta, jak to naszły go myśli o przeniesieniu szkoły z poprzedniego totalnie niefunkcjonalnego budynku. Myśli dojrzewały, aż w końcu chwyciły za serce i tym sposobem ZSM mogła zająć nową siedzibę, a po kolejnych 4 latach szkoła otrzymała super wypasioną salę koncertową. O licytacji z Marszałkiem województwa, kto, ile i jakie dzieci posiada w szkole, albo jeszcze ich nie posiada wspominać nie będę. To po prostu było bardzo pozamerytoryczne (nie mam pomysłu na inny eufemizm). Przyznam, że po tych wszystkich przemówieniach mi i mieszkańcom Torunia zrobiło się nieswojo, ponieważ wszyło na to, że zarządcy miasta i województwa z własnej kieszeni wyłożyli na budowę nowych obiektów szkolnych. A to chyba nie jest TAK.

Na szczęście nawet najgorsze koncerty mają swój koniec i mogliśmy przejść do meritum.

Ja ostrzegłem swoich gości, że Aula UMK nie jest najlepszą sala koncertową w mieście oraz poinformowałem, że zdajemy sobie sprawę z niedostatków akustycznych sali ponieważ głusi jeszcze tak kompletnie nie jesteśmy.

Soliści zrobili co mogli (no może Wakarecy zrobił trochę mniej). I jak na solistów przystało elegancko zagłuszali Toruńską Orkiestrę Symfoniczną. Anna Maria Staśkiewicz przeszła (dosłownie) jak burza z Koncertem Skrzypcowym d-moll Sibeliusa. (gdzie był akustyk??????????) Pawła Wakarecego nareszcie miałem okazję poznać w innym repertuarze niż chopinowski. Mam płytę z III Koncertem Fortepianowym c-moll Beethovena. Hmmmmmmm wolę utwór na płycie (a z reguły jest odwrotnie). Mniemam, że nasz laureat cały czas ćwiczy, aby poprawić wykonanie. Nad solistami i orkiestrą czuwał, chociaż niekoniecznie panował :) Przemysław Fiugajski.

Aby być do końca uczciwym, to Koncert był względnie sympatyczny (poza nadmiarem nudnej prozy). Chciałbym usłyszeć go w tym samym wykonaniu w spokojniejszej atmosferze.

Naskarżyłem się na dużą dawkę nadmuchanych słów, a teraz sam to czynię.

Lepiej posłuchać Koncertu Skrzypcowego d-moll op 47 J.Sibeliusa. Zapraszam.





Hmmmm jeszcze jedno: Czy ktoś wie i czy ktoś mi powie, jaki utwór nasi laureaci wykonali na bis????

czwartek, 29 grudnia 2011

Grudniowy Listopad cz.2 Epizod I

Trochę lat stuknęło Zespołowi Szkół Muzycznych w Toruniu. Można powiedzieć, że 90 lat, to słuszny wiek, pomimo że do Wieku pozostaje jeszcze dekada.

Hmmm o czym to chiałem… ano kilka słów o obchodach jubileuszu. Były huczne. Działo się wiele i ja w tym "działaniu się" miałem bierny udział.

Koncert kompozytorski "W hołdzie Karolowi Szymanowskiemu" nie zaskoczył, a raczej zaskoczył inaczej. Dziwne, bo koncert składał się prawie z samych prawykonań. Gdybym był złośliwy, to ograniczyłbym się do stwierdzenia, że pierwszy padł mikrofon (przedmiot legł siłą kurtyny) i już nie wstał. To trochę symboliczna scena zapowiadająca nadchodzące wrażenia muzyczne. Miałem okazję siedzieć przy babci z wnuczką na kolanach, która w trakcie jednego z wykonań (utworu już nie pamiętam) z rozbrajającą szczerością skomentowała „To jest okropne”.

Obawiam się, że najbardziej kontrowersyjnie wypadły utwory na taśmę. Mówcie o mnie co chcecie, że się nie znam, że słoma mi z butów wychodzi, że nie dostrzegam potu, krwi i duszy artysty w wykonywanych dziełach. Ja tego nie kupuję w konwencji koncertu. W myślach wmontowałem wszystkie dźwięki w obraz filmowy i w tak „udźwiękowionym” filmie, to już jakoś wyglądało. Myślę, że problem z odbiorem kompozycji leży też i po stronie organizatorów koncertu, realizatorów dźwięku, obsługi sali itd. To co się działo w tle estrady … ludzie … Generalnie nie można było patrzeć. Miało być pięknie, a wyszło niemożliwie. Panie i Panowie kompozytorzy i kompozytorki, w tym wypadku, to nie wasza wina. Gdyby pokusić się o muzyczny opis ogólnego wrażenia, to najlepiej zrobiłby „Gruz” Michała Ossowskiego (przede wszystkim ze względu na tytuł samego utworu).

Po tych słowach niesłusznej i „pardonowej” krytyki chciałbym dodać, że w pierwszej części koncertu najbardziej urzekł mnie utwór Marii Krzemień „Mozaika”. Była to najbardziej czytelna kompozycja.
Po przerwie (dano słuchaczom ochłonąć) było już o wiele lepiej i nie chcę się powtarzać ani specjalnie faworyzować, ale najmilej memu uchu brzmiała kompozycja Magdaleny Cynk „Modlitwa Harnasia”. Wykonanie mogło być lepsze, ale jak na finał tego koncertu, to okazało się całkiem, całkiem dobre.

Szanowni Państwo, Droga Młodzieży, Twórcy i Wykonawcy cieszę się, że nie zasypujecie gruszek w popiele i jak na artystyczną szkołę przystało, dzielicie się ze słuchaczami owocami własnej nauki i pracy. Proszę tylko o jedno, abyście w swoim twórczym zapale nie zapominali o odbiorcach tego co stworzycie, innymi słowy „Można lepiej”.

Grudniowy Listopad cz.1

Przyszedł Grudzień i poszedł Grudzień, a wpisy gdzie?
Jak powiem, że nic się nie działo, to przecież nikt nie uwierzy. Chociaż „Kłamstwo wielokrotnie powtórzone staje się prawdą” – proszę tylko nie brać przykładu z autora zacytowanych słów.
W związku z powyższym i tak ogólnie przeprowadzam mały remanent i postaram się wyprowadzić ten blog ze śmierci klinicznej. Już ja mu zrobię OSTRY DYŻUR.


Przeglądając foldery, programy, bilety (tak, tak – zbieram te rzeczy) widzę, że ani słowem nie wspomniałem o listopadowym koncercie kompozytorskim Musica Nova – który odbył się w Sali Wielkiej Dworu Artusa w Toruniu. Młodzi kompozytorzy z województwa kujawsko pomorskiego mieli okazję przedstawić szerszej publiczności swoje utwory. Z tą szerszą publicznością trochę przesadziłem, ponieważ słuchacze, to głównie kompozytorzy, ich rodziny i znajomi. A to trochę za mało aby rozgrzać atmosferę zwłaszcza, że w Sali było bardzo chłodno. Może dlatego publika biła brawo nawet, jak nie musiała. Aby nikogo nie urazić, to powiem, że moje niesprawiedliwe podejście do muzyki najlepiej oceniło kompozycję Magdaleny Cynk (na zdjęciu), której życzę jak najlepiej, bo się przy okazji nazapowiadała. Na jej utwór „Planetoida 16856 Banach na marimbę i kwartet smyczkowy” trzeba było trochę poczekać, ponieważ zaprezentowano go jako ostatni. (teraz to nawet trochę żałuje, że nie kupiłem tej płyty, co to ją sprzedawano ze stolika) W trakcie wykonywania tego utworu nie przeszkadzał mi nawet ten piszczący głośnik. Ale co tam. Pierwsze koty za płoty, ale to dla innych, bo dla Pani Magdy te koty nie są już takie pierwsze. Tych planetoid jest sporo w dorobku kompozytorki. Teraz czekam na deszcz meteorytów. Jeżeli ktoś będzie chciał się dowiedzieć czegoś więcej o Pani Magdzie, to zapraszam na jej stronę internetową. A ja ostrzegam, że powoli rośnie we mnie fan.

Lubię robić notatki w trakcie koncertu. Wrażenia są tak ulotne, że trudno mi je zachować, jak ich sobie gdzieś nie zapiszę (dyskretna aluzja do mojej kiepskiej pamięci). Ale nawet gdy coś zapiszę, to nie mam gwarancji, że będę wiedział co autor miał na myśli.


Przy utworze Marcina Gumiela „Lights of the night” zapisałem dwa zadnia. Pierwsze: „Michał Warcaba klarnecista przyjechał z Norwegii” (w miarę jasne), a drugie: „Gdzie jest moje auto?”
No, właśnie …
Jeżeli ktoś wie lub ma pomysł na interpretację moich zapisków, to proszę o odpowiednie wpisy w komentarzach.

wtorek, 22 listopada 2011

Liszt, gdzie się pchasz do kościoła?

22 listopada wspomnienie św. Cecylii patronki muzyki kościelnej

(…)Zauważyłem bowiem, że w naszych świątyniach ma miejsce wiele koncertów muzyki religijnej, ale niestety odbywają się także koncerty muzyki świeckiej. Nieuszanowana jest sakralność miejsca. Zapominamy, że kościół nie jest miejscem, w którym może zmieścić się każdy rodzaj muzyki. Proszę, przyjmijcie moją tegoroczną refleksję nie jako wyrzut, ale jako zachętę do poprawnego prowadzenia, poprzez muzykę, drogi ewangelizacji. Chcę także jasno powiedzieć, że nie jestem przeciwny koncertom muzyki kościelnej w naszych kościołach, ale zdecydowanie mówię „nie” dla praktyk wykorzystywania sakralnego miejsca do celów niezgodnych z zamierzeniem. Nic, co świeckie, nie powinno bowiem mieć miejsca w naszych świątyniach.(…)

(…) Nie łudźmy się, nie dotrzemy do wiernych przez muzykę, która nie ma inspiracji religijnych, chociażby byłaby napisana przez wybitnych kompozytorów, nawet głęboko wierzących. Być może i oni sami źle z takim repertuarem czuliby się w świątyni. Świecki repertuar wykonywanej w świątyniach muzyki nie jest godny świętości miejsca. (…)

(…)Trzeba odnowić ową świadomość piękna muzyki kościelnej - w skarbcu Kościoła jest jej bardzo wiele - takiej muzyki, która została stworzona dla Kościoła i sprawowanej w nim liturgii. Tylko taką warto propagować w naszych świątyniach. Proszę, nie idźmy w organizacji koncertów na populizm. Niech nasze świątynie rozbrzmiewają pięknym śpiewem wiernych, polifonią dawną i nową śpiewaną przez nasze chóry, bogatą literaturą organową oraz grą na innych instrumentach, która jest liturgicznie poprawna. Zawsze niech towarzyszy nam świadomość, że wykonywana na liturgii i koncertach muzyka ma płynąć z inspiracji duchem chrześcijańskim. Ma to być muzyka religijna, a nigdy świecka. Dla tej drugiej mamy bowiem wiele sal koncertowych w naszych miastach i miejscowościach, i tam jest jej właściwe miejsce. (…)



Cytuję obszerne fragmenty listu (aby nie być posądzony o wyrywanie zdań z kontekstu)  Kardynała Stanisława Dziwisza i powiem szczerze, że mnie troszeczkę zatkało.

W czasach, gdy społeczeństwo staje się głuche jak pień, wszystkim powinno zależeć na takiej edukacji aby zapobiegać temu procesowi. A tymczasem kardynał Dziwsz postanawia „zamknąć” kościół dla muzyki, która nie nawiązuje lub nie powstała z inspiracji religijnych.

I nie obroni się ona nawet wtedy, gdy jest dobrze skomponowana i w żaden sposób nie przynosi ona ujmy Bogu. Co więcej, taki Liszt, czy Vivaldi nie mają czego szukać nawet jakby leżeli krzyżem na kamiennych posadzkach kościołów, pomimo, że przyjęli święcenia kapłańskie. „Requiem” Mozarta – won masonie. „Marsz Weselny” Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego – ty zakonspirowany Żydzie. „Hymn do Św.Cecylii” Benjamina Brittena - ja bym ci powiedział spod jakiego znaku zakazu pochodzisz.

Nie rozumiem kardynała, który z jednej strony próbuje namówić wiernych do śpiewu, a z drugiej ogranicza się jedynie do tego co powstało na zamówienie kościoła i to niestety w zamierzchłych czasach, bo nowych kompozycji kościelnych jest jak na lekarstwo.

Ja też jestem za tym, aby słuchacze mieli pełen komfort słuchania utworów w profesjonalnych salach koncertowych. I także zgadzam się z tym, że nie każdy rodzaj muzyki można wykonywać w kościele (twórczości Nergala raczej bym nie polecał). Ale Kardynał Dziwisz chyba się nie zastanowił nad tym co napisał i wylewa dziecko z kąpielą.

Wbrew temu co zapisano w cytowanym liście łudzę się, że do wiernych można trafić również i poprzez muzykę niekoniecznie religijną. Drogi WIERNY słuchaczu, nie jest ważne to co się tobie podoba, ale to co się podoba Kardynałowi.

Mam tylko pytanie. Jak w partyturze znajdzie się odrobinę więcej KRZYŻYKÓW, to czy kompozycja będzie bardziej akceptowana przez hierarchów Kościoła?

poniedziałek, 31 października 2011

Halloween i inne okoliczności

Wpis miał być halloween’owy, ale niech mi ktoś znajdzie utwór o dyni.

Nie jest łatwo, dlatego musiałem poszukać trochę dookoła i na zasadzie wolnych (a nawet bardzo wolnych) skojarzeń wybrałem coś takiego. Może utwór nie nawiązuje bezpośrednio do dyni ale do robala (i nie jest to motyl). Chociaż zdaję sobie sprawę, że tekst mówi o miłosnym zauroczeniu a brzydota, to tylko stan ducha, a nie fizyczne zaprzeczenie kanonu urody.
Ten utwór, to staroć (z 1992/3 roku), ale z perspektywy cytowanych na blogu kompozycji, ta piosenka nadal żyje.
No dobra, to „porobalujmy” troszeczkę.
Radiohead „Creep”



Dlaczego Radiohead i ten utwór?
Po pierwsze bardzo mi się podoba piosenka. Po drugie utwór doskonale wpisuje się w melancholijną dżdżystą jesień, krótkie dni oraz inspiruje do głębszej przyjaźni z alkoholem. I po trzecie, jeden z członków zespołu Radiohead multiinstrumentalista Jonny Greenwood. Jeżeli wierzyć J.Greenwood’owi, to szczególnym szacunkiem darzy on takich kompozytorów jak Olivier Messiaen i Krzysztof Penderecki. Z tym ostatnim współpracował w trakcie tegorocznego Europejskiego Kongresu Kultury we Wrocławiu.
Utwór K.Pendereckiego „Polymorphia” był inspiracją do skomponowania przez J.Greenwooda „48 Responses to Polymorphia”. Nagranie z koncertu Penderecki/Greenwood ma się ukazać na płycie, to zapewne będzie jeszcze okazja do podyskutowania o wpływach klasyki na brytyjski rock.

I na zakończenie bardzo klasycznie i bardzo na czasie. Passacaglia della vita Stefano Landiego. Trudno się nie zgodzić z autorką/autorem postu zespołu Laboratoire de la Musique, że jest to melodia i tekst, które pozostawiają wyraźny ślad pamięć.
Dla tych nie za bardzo dających sobie radę z włoskim znalazłem taki oto sympatyczny prosty niekoniecznie dokładny przekład (nie wiem, kto tłumaczył ale się starał). Jeżeli ktoś będzie chciał, to może sobie podśpiewywać w trakcie wizyty na cmentarzu.

O, jakże się łudzisz,
gdy kresu nie widzisz
żywota swojego –
wszak śmierć dla każdego

Snem krótkim jest życie
radości, mamicie
czas bytu człeczego
lecz śmierć dla każdego

Na darmo lekarstwa,
kuracje, szamaństwa
nie wyjdziesz już z tego
bo śmierć dla każdego

Na próżno podchody,
wybiegi, metody
geniuszu twojego –
wszak śmierć dla każdego

W doktryny osnowach
nie znajdziesz ni słowa,
co zwalnia od tego,
że śmierć dla każdego

Masz pętlę na gardle,
zaciśnie się nagle,
nie zdejmiesz jej z niego,
bo śmierć dla każdego.

Jakkolwiek by ciało,
odżegnać się chciało
swym sprytem od tego
nie – śmierć dla każdego.

Bo śmierć jest niewierna,
okrutna, pazerna,
zawstydzi każdego
że jest i dla niego.

Szalony, co mniema,
że życie utrzyma,
że strach nie dla niego,
Nie, śmierć dla każdego.

Śpiewając umierać
I grając, umierać,
na cytrze, cóż z tego
że śmierć dla każdego?

Umiera się tańcząc,
i jedząc i gwarząc,
i pijąc do tego,
tak, śmierć dla każdego.

Młodzieńcze, efebie,
niedługo już z ciebie
garść pyłu marnego,
bo śmierć dla każdego

Chorego, zdrowego,
głupiego, sprytnego,
śmierć weźmie i jego,
każdego jednego.

Im mniej o niej myślisz,
tym koniec jest bliższy
żywota twojego,
bo śmierć dla każdego

Choć się nie spodziewasz,
wnet zmysły postradasz,
twe słowa zmarłego:
tak, śmierć dla każdego
O come t'inganni
se pensi che gl'anni
non hann'da finire,
bisogna morire.

E' un sogno la vita
che par si gradita,
è breve il gioire,
bisogna morire.

Non val medicina,
non giova la China,
non si può guarire,
bisogna morire.

Non vaglion sberate,
minarie, bravate
che caglia l'ardire,
bisogna morire.

Dottrina che giova,
parola non trova
che plachi l'ardire,
bisogna morire.

Non si trova modo
di scoglier `sto nodo,
non vai il fuggire,
bisogna morire.

Commun'è il statuto,
non vale l'astuto
'sto colpo schermire,
bisogna morire.

Si more cantando,
si more sonando
la Cetra, o Sampogna,
morire bisogna.

Si more danzando,
bevendo, mangiando;
con quella carogna
morire bisogna

La Morte crudele
a tutti è infedele,
ogni uno svergogna,
morire bisogna.

E' pur ò pazzia
o gran frenesia,
par dirsi menzogna,
morire bisogna.

I Giovani, i Putti
e gl'Huomini tutti
s'hann'a incenerire,
bisogna morire.

I sani, gl'infermi,
i bravi, gl'inermi,
tutt'hann'a finire
bisogna morire.

E quando che meno
ti pensi, nel seno
ti vien a finire,
bisogna morire.

Se tu non vi pensi
hai persi li sensi,
sei morto e puoi dire:
bisogna morire.

A teraz taśma profesjonalna
Stefano Landi - Passacaglia della vita w wykonaniu właskiego tenora Marco Beasley'a



I tym oto utworem życzę wszystkim spokojnego świętowania.

sobota, 22 października 2011

Podsłuchując w Cafe Draże

W czasie, gdy skrupulatnie wyselekcjonowana grupa społeczna spożywała chipsy i ciacha w „Cafe Draże” z okazji ŁUKASZOWYCH imienin w Poznaniu kończył się XIV Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego.
Nie było mi dane wysłuchać piątkowych koncertów. Ale za to przebrnąłem przez cały III i cześć IVetapu. I zapewne nie byłbym sobą gdybym nie miał jakichś nieprofesjonalnych uwag.

     Odrobinę młodsze od konkursu Chopinowskiego zmagania młodych skrzypków nie są tak popularne wśród rodaków, jak potyczki przy klawiaturze. Konkurs nie funkcjonuje w powszechnej świadomości społecznej jako wydarzenie artystyczne, które budzi emocje. Abstrahuję od tego, że poza relatywnie wąską grupą fanów, to niewiele osób wie kim był H.Wieniawski. A nawet jak ktoś coś słyszał, to wymienienie chociaż jednego utworu kompozytora może stanowić spore wyzwanie. Słaba edukacja, to tylko jedna z przyczyn takiego stanu rzeczy. A drugą z pewnością jest kiepska promocja samej imprezy uznanej na całym świecie.

      Ale wracając do samego konkursu. Po raz kolejny powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia znalazło swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Przesłuchania konkursowe w poszczególnych etapach były transmitowane przez TVP Kultura oraz Program Drugi PR. W związku z tym, w studiach konkursowych pojawili się dyżurni komentatorzy muzyki klasycznej Adam Rozlach i Jacek Hawryluk. Prowadzący wraz z zaproszonymi gośćmi nie szczędzili krytyki konkursowiczom. Czasami się zastanawiam, czy po niektórych wypowiedziach młodzi wioliniści nie powinni porzucić grania i zacząć sadzić buraki. Mam nadzieję, że przez jakiś czas będą odizolowani od komentarzy komentatorów. Być może specjaliści muzyczni podświadomie dążą do oceniania wykonawców na poziomie telewizyjnych show w stylu „Mam Talent”. Oczywiście nie ujmuję wiedzy i doświadczenia pani prof. Teresie Głębównie czy prof. Tadeuszowi Gadzinie, ale przyjęcie pewnego stylu rozmowy narzuconego przez Adama Rozlacha, trochę do nich nie pasuje. Spory może i były widowiskowe, tylko czy konieczne. Poza tym były tak nafaszerowane profesjonalną retoryką, że z pewnością nie trafiały do szerszej publiczności. A skoro nie trafiały, to edukacyjna cześć całej transmisji brała w łeb, bo ani na centymetr nie przybliżała zwykłego słuchacza do muzyki oraz wykonawcy. O wiele lepiej słuchało się wypowiedzi koncertujących muzyków jak Agata Szymczewska, czy Dominik Połoński, niż „mądre głowy” i jeszcze mądrzejszego Rozlacha. Ciekawa była zmiana stylu w prowadzeniu rozmowy przez Jacka Hawryluka, który raz występując w studio telewizyjnym preferował ostrzejsze spory, a w studio radiowym tonował wypowiedzi (tak, tak mówię o tym samym konkursie). Proponuję wszystkim czytającym tego bloga kiedyś porównać zachowania poszczególnych komentatorów w różnych sytuacjach realizacyjnych. Można odnieść wrażenie, że zmiana miejsca siedzenia jest ściśle powiązana z estetyczną metamorfozą prowadzących.

     Dla mnie wszyscy wykonawcy spisali się na medal. To naprawdę kwestia gustu, czy wykonanie jednego skrzypka jest lepsze od drugiego. I nie zamierzam, żadnego z nich krytykować. Wykonali dużo dobrej i katorżniczej pracy. Kilka koncertów skrzypcowych zarówno z orkiestra kameralną pod batutą Agnieszki Duczmal, czy jeszcze bardziej wymagających koncertów skrzypcowych z orkiestrą symfoniczną pod dyrekcją Marka Pijarowskiego, to nie w kij dmuchał. U wielu młodych wykonawców widać było tzw. stempel diabła, bo o hektolitrach potu, to nie ma nawet co wspominać.
Jestem przekonany, że przed każdym finalistą sale koncertowe stoją otworem. Załatwcie sobie tylko dobrych menagerów, bo czego jak czego, ale talentu wam nie brakuje.

     Współczesna technika pozwala siedzieć sobie w towarzystwie, zajadać tortem czekoladowym lub zapijać jabłecznikiem, a przy okazji podsłuchiwać, co dzieje się w sali koncertowej. Tak też i ja uczyniłem.
W tym miejscu chciałbym Łukaszowi podziękować za zaproszenie do tego avangardowego lokalu. Impreza była OK :). Kameralna  z odrobiną fizycznego dystansu :)
Może nie było to zbyt eleganckie, że tak sobie trzymam w uchu słuchawkę jak funkcjonariusz BOR-u. Ale nie oszukujmy się, w tym towarzystwie była Ewenement, dlatego ta słuchawka nie mogła być aż taką ujmą :) Ale za to, gdy tylko wybiła 23.00 już wiedziałem, że według jurorów najlepszą okazała się Koreanka Soyoung Yoon (na zdjęciu) przed Japonką Miki Kobayashi i Niemcem Stefanem Tarara. Temu ostatniemu wróżę dużą popularność w Polsce zważywszy na to, jakie emocje wywoływały jego wykonania u płci pięknej (i nie tylko). (nie wydaje się wam, że Tarara, brzmi muzycznie:)

Długa ta notatka. Ale może przyczyni się do przywrócenia właściwej rangi konkursowi. Następna potyczka za 5 lat. Może tym razem w finale znajda się Polacy, co z pewnością podgrzałoby atmosferę i emocję wśród rodaków.
W związku ze wszystkim powyższym proszę wysłuchać ostatniej części Koncertu Skrzypcowego d-moll op 22 „ Allegro con fuoco” H.Wieniawskiego w wykonaniu Marata Bisengalieva i Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia pod batutą Antoniego Witta.



ps. W trakcie spotkania w Drażach otrzymałem sms o treści „Triffonov bisował 3 razy. Pozdrowienia z F.Bałtyckiej”. Ehhhhhh, nie można być w kilku miejscach jednocześnie. :(

niedziela, 16 października 2011

Barok u Piotra i Pawła

Żyjemy w czasach, gdy w kościołach zagościła muzyka w wykonaniu chórów przyparafialnych o wątpliwej jakości i organistów o słabym przygotowaniu instrumentalnym i wokalnym. Tylko głęboka wiara w to, że w katolickim narodzie tli się jeszcze wrażliwość muzyczna pozwala mi z nadzieją patrzyć w przyszłość. Aż się nie chce wierzyć, że kiedyś w murach kościołów były, o ile nie tworzone, to wykonywane najpiękniejsze kompozycje. Obecnie dokonuje się proces odcinania kuponów od dawnej świetności.

Ale do rzeczy, autorze, do rzeczy.

Nie tak dawno, bo wczoraj miałem okazję posłuchać barokowych utworów w wykonaniu zespołu Laboratorie de la Musique, na koncercie w toruńskim kościele pod wezwaniem św.św. Piotra i Pawła.
Już dawno tyle ładnych dźwięków te wnętrza nie gościły. Faktem jest, że mury stanowią niezłe wzywanie dla akustyków. Trudno było ukryć, a może bardziej dokładnie, nie dało się nie usłyszeć, iż muzyka tak „doskonale” odbijała się od ścian, że powstawał galimatias dźwięków. Ale pierwsze koty za płoty (nawet Figa i Klara). Osobiście cieszę się z tego, że tym razem odrobinę kultury muzycznej zawitało na Podgórz. Repertuar może nie był najłatwiejszy dla zgromadzonych słuchaczy. Mogę się pokusić o stwierdzenie, że w tym wypadku za ambitny, ale i tak zyskał uznanie parafialnych melomanów. Nie wiem jak ten młody zespół odbierano w innych kościołach, ale tutaj wypadło nieźle. Nawet mi nie przeszkadzało to, że brawa były serwowane po każdej części utworu. Ale z tego co przeczytałem na zespołowym blogu (tak, tak mają bloga), to oklaski nie zawsze świadczą o braku muzycznej ogłady. Mogę jedynie podziękować artystom, że są tak wyrozumiałymi wykonawcami. Chociaż może zmienią zdanie po tym jak w trakcie wykonywania fragmentu oratorium „Athalia” Józefa F.Haendla, brawa wdarły się do jego środka utworu (niestety pauza została źle zinterpretowana przez słuchaczy).

Czego mi brakowało, to może programu koncertu. Dziwne, bo chyba młodym zespołom powinno szczególnie zależeć na promocji. Co jak co ale działania, które są realizowane ze środków unijnych można obłożyć niezłą oprawą informacyjną. Słuchacze otrzymaliby chociaż odrobinę wiadomości, o tym co usłyszeli i kto dla nich grał, bo wątpię, że zapamiętali wszytkie skomplikowane nazwiska barokowych kompozytorów  podawanych przez Panią Annę Merder.
Pierwszym pytaniem, które zadała mi moja rodzicielka, to w jakim języku śpiewali. Jaka była rozczarowana, że wśród włoskiego, niemieckiego, angielskiego nie znalazł się, żaden utwór po polsku. Drugie pytanie było z kategorii personalnych, kto był? Odpowiedź, że „Ja byłem” chyba nie za bardzo ją zadowoliła. Ehhhh matka – jest tylko jedna :)

Ale zespół spisał się na medal. Żadnego zadzierania nosa w stylu jesteśmy wielkimi artystami. Liczę, że kiedyś będzie mi dane posłuchać płyty z ich wykonaniami. A teraz proponuję wysłuchać jednego z utworów koncertowych z wokalną kreacją Lucyny Białas. Henry Purcell aria z opery Królowa Elfów - O let me weep.




I jeszcze jeden ładny utwór z koncertu. Nagraniem zespołu niestety nie dysponuję. Dlatego proponuję wysłuchać Claudia Monteverdiego „Si dolce e il tormento” – Tak słodkie jest cierpienie, w wykonaniu zespołu L'Arpeggiata oraz kontratenora Philppa Jarousskiego. (W trakcie sobotniego koncertu  sopranistka Lucyna Białas).



Toruń nie samymi gotyckimi kościołami stoi i najwyższy czas, aby dostrzeżono i pozostałe świątynie przynajmniej w sferze muzycznej. Nie wiem tylko, czy te koty, które wyrzuciłem za płot kilka zadań wyżej nie będą też ostatnimi tak sponiewieranymi kotami w tym wypadku.

sobota, 15 października 2011

Kulka w Filharmonii

Filharmonie, orkiestry symfoniczne i tak ogólnie instytucje muzyczne prześcigają się w pomysłach na uatrakcyjnienie repertuaru. Najlepiej, aby każdy meloman, powiedzmy słuchacz mógł znaleźć coś miłego dla siebie.
Filharmonia Bałtycka zaproponowała cykl koncertów pod wspólną nazwą „Europa w Polsce”. W ramach tego cyklu miałem okazję w piątek całkiem nieźle pobawić się przy utworach czeskich kompozytorów. Było miło, bo:
  • Po pierwsze grano Antonina Dworzaka i Bedricha Smetanę, czyli mistrzowie znani, lubiani i bliscy uchu przeciętnego Polaka.
  • Po drugie solistą koncertu skrzypcowego a-moll A.Dworzaka był Konstanty Andrzej Kulka.
  • Po trzecie słuchaczom zaproponowano utwór Symfonietta Leos Janacka, który okazał się niezłym zaskoczeniem nie tylko ze względu na muzykę, ale i z powodu widowiskowości samego wykonania kompozycji.
Orkiestrę prowadził niezwykle sympatyczny czeski maestro Zbynek Muller. Natomiast najbardziej zapracowaną osobą w trakcie całego koncertu był pan Zenek, który grał na tubie. Chłop nie tylko grał ale i biegał, ponieważ utwór L.Janacka wymaga wykorzystania tuby oraz tuby tenorowej. A Pan Zenek przecież jest jeden. Pan Zenek raz grał z zespołem orkiestry symfonicznej na dole, a w innej części utworu z zespołem trąbek i puzonów gdzieś u góry. W związku z tym biegał z góry na dół i odwrotnie. Brawa dla Pana Zenka. Kompozycja tak bardzo przypadła słuchaczom do gustu, że „Andante con moto” zabrzmiało dwukrotnie na wyraźne życzenie wszystkich zgromadzonych w filharmonii. Kolega, który razem ze mną bacznie przysłuchiwał się wykonaniu stwierdził, że Symfonietta należy do tych utworów, które lepiej odbiera się na żywo niż słuchając z płyty. I trudno mi z tą opinią się nie zgodzić, chociażby ze względu na Pana Zenka :) W związku z tym drodzy czytelnicy, jeżeli będziecie mieli okazję wysłuchać Symfonietty bezpośrednio, to skorzystajcie z okazji, bo utwór nie bywa często grywany w Polsce. A szkoda. Naprawdę szkoda. :(


No dobra. To teraz weźmy się za Kulkę, którego koncert skrzypcowy był niemniej ciekawy. Ale aby wiadomo było o czym mówię proponuje wysłuchać chyba najlepiej znanej III części z koncertu skrzypcowego A.Dworzaka w wykonaniu mistrza. Koncert skrzypcowy a-moll op.53 „Finale. Allegro giocoso, ma non troppo”.



I tak po zakończeniu koncertu, gdy publika wielokrotnie wywoływała mistrza zza kulis, ten skłoniwszy się elegancko powiedział, że dzisiaj ma strasznie kontuzjowaną rękę, ale postara się jeszcze coś zagrać. Komentarz z tyłu: „Chciałbym mieć tak kontuzjowaną rękę i tak grać”
Konstanty Andrzej Kulka wirtuoz skrzypiec z Gdańska dał się poznać nie tylko jako wykonawca utworów klasycznych. Uczestniczył również w projekcie swojej córki Gabrieli Kulki, która pod ksywką Gaba Kulka nagrała płytę „Hat. Rabbit”. W utworze „Lady Celeste” tatko przygrywa na skrzypeczkach. Być może się mylę, ale nie przypominam sobie, aby mistrz uczestniczył w podobnym, o rozrywkowym charakterze, projekcie. O ile samej Gaby bym się czepił, to do taty już takiej odwagi nie mam.
Proponuję posłuchać i samemu wyrobić opinię. „Lady Celeste” Gaba Kulka feat. Konstanty Andrzej Kulka



A teraz na koniec końców mini konkurs. Co to za utwór ???


Odpowiedzi proszę zamieszczać w komentarzach :)

czwartek, 13 października 2011

Mama, córka i Dezyderiusz

Kilka tygodni temu (jeszcze we wrześniu) miałem okazję posłuchać Pani Kaji i Panny Justyny Danczowskich.

Czy ja już w tym 33 (po rzymsku XXXIII) sezonie artystycznym Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej narzekałem na salę koncertową w toruńskim Dworze Artusa? Jeżeli nie, to chciałbym pomarudzić teraz bo inaczej zapomnę. I apeluję, i grzmię, i proszę pozwólcie muzykom wykonywać swoje utwory w przyzwoitych warunkach. Ponieważ żenującym dźwiękiem dla ucha w trakcie koncertu jest skrzypiąca podłoga.

Po zaapelowaniu wrócę do koncertu. Kaja Danczowska – skrzypce – dodatkowych zapowiedzi nie potrzebuje. U jej boku wstąpiła córka Justyna Danczowska – fortepian. Koncert bardzo przyjemny, nie powiem, że porywający ale miło się słuchało. A miałem okazję posłuchać klasycznego Józefa Haydna i jego koncert F-dur na skrzypce, fortepian i orkiestrę oraz postromantycznego Cezara Francka w dwóch odsłonach. Pierwsza część, to Sonata A-dur na skrzypce i fortepian w wykonaniu Pań Danczowskich oraz Symfonia d-moll w wykonaniu TSO. Jeżeli ktoś jeszcze nie słyszał tej symfonii, to powinien szybko nadrobić zaległości. Zwłaszcza cześć pierwsza „Lento.Allegro non troppo” powinna wszystkim romantycznym duszom przypaść szczególnie do gustu. Symfonia została swobodnie poprowadzona jak na maestra Jerzego Swobodę przystało.

O tym, jak niedaleko pada jabłko od jabłoni można było się przekonać obserwując mamę i córkę, które przygotowują się do zagrania swoich partii w trakcie koncertu. Obie Panie bezdźwięcznie wygrywały akordy należące do orkiestry. Było to nawet zabawne, gdy jedna dotykała strun a druga klawiatury, a dźwięku ani słychu, tylko widu. Generalnie jest tak, że solista po prostu duchowo przygotowuje się do uderzenia w klawisz. Przeżywa, stroi miny, bierze oddech i… bach. W tym wypadku ta duchowość była wyraźnie pokazana. Zapewne taki rodzinny styl mają Danczowscy.

Ja zwyczajowo nie mogłem oprzeć się pokusie i nie kupić płyty Bartosza Koziaka i Justyny Danczowskiej z utworami F.Schuberta, R.Schumanna, G.Piatigorskiego i… Dezyderiusza Danczowskiego, który jest pradziadkiem Justyny. Poza tym, Bartosz Koziak gra na wiolonczeli Dezyderiusza. Nieźle prawda. No i jak tutaj nie kupić płyty z tymi młodymi muzykami :)
Proponuję posłuchać Poloneza Dezyderiusza Danczowskiego w wykonaniu Batrosza Koziaka i Justyny Danczowskiej.



ps. A w listopadzie święto toruńskiej szkoły muzycznej. Będą przemówienia, konferencja, msza i koncert galowy z udziałem wychowanków P.Wakarecego, A.M.Staśkiewicz i P.Fiugajskiego. I tylko żal, że nie mam zaproszenia na ten koncert ;( Zazdrość i smutek…

środa, 12 października 2011

Powakacyjnie o klasyce cz.2 i ostatnia

„Minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal”. Nie da się ukryć, że szumnie zapowiedziane powakacyjne prowadzenie bloga utknęło w martwym punkcie. I niestety nie uda mi się zamaskować mojego lenistwa tym, że się nic nie działo.
Może lepiej było po prostu nic nie obiecywać. Przepraszam za moją opieszałość wszystkie czytelniczki i wszystkich czytelników.
Powakacyjne informacje już się dawno zdezaktualizowały, dlatego cykl powakacyjny zakończę tym postem.

Województwo Zachodniopomorskie nie ucieknie. O urokach tego regionu rozpisywać się nie będę, ale jedno miejsce zasługuje moim zdaniem na szczególną uwagę. Totalnie niedocenione nawet przez samych mieszkańców o czym mogłem się osobiście przekonać.
KRZYWY LAS we wsi Nowe Czarnowo. Konia z rzędem temu kto trafi tam bez problemów. Gdybym nie dostał wyraźnych instrukcji gdzie się zatrzymać, czego szukać i jak dojść, to z pewnością nie zobaczyłbym tej przyrodniczej osobliwości. Na obszarze ok. 0,30 ha rośnie kilkaset sosen wygiętych w kształcie litery C. Gdyby nie mieszczące się nieopodal zabudowania, rury ciepłownicze i słupy energetyczne byłoby bajkowo. Nikt nie wie dlaczego akurat w taki sposób te 75 letnie sosny zostały zdeformowane. Obecnie mieszkańcy Nowego Czarnowa posiadają powierzchniowy pomnik przyrody. Przyzwyczajeni do tradycyjnie rosnących sosen, ten widok może zburzyć zakorzeniony w nas stereotyp.
Podobnie jak Steve Reich, który swoimi kompozycjami nieźle zamieszał w głowach muzyków i kompozytorów. Kumpel Philip Glass należy do tego samego nurtu muzycznego co Reich czyli minimalistów. S.Reich jest może nawet bardziej konserwatywnym przedstawicielem tego nurtu. Na jego utwór trafiłem gdy przesłuchiwałem płytę wspomnianego w poprzedniej części zespołu Saffri Duo.
Utwór „Music for pieces of Wood” w wykonaniu Saffri Duo może być całkiem niezłym podkładem muzycznym w trakcie spacerów po krzywym lesie.


„Nie mogłem uwierzyć, że takie rzeczy tworzy jeden z twardogłowych, to znaczy prawdziwy kompozytor. Transowy bit i bębny jak z najlepszych nowojorskich kapeli. Sampli zazdrościli mu didżeje. Sam trochę ich sobie pożyczyłem”. Tak o Steve Reichu wypowiadał się Paul David Miller znany jako DJ Spooky. Od siebie mogę dodać, że kompozycje Reicha wykonywał m.in. Pat Metheny i Kronos Quartet. W tym roku Steve Reich był głównym bohaterem festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie
A teraz jeszcze jedna ciekawostka. Czy ktoś sobie przypomina sobie zespół The Klaszczers i The Tupczers kabaretu Łowcy.B. Ja proponuje może mniej zabawny ale niemniej intrygujący utwór z 1972 roku Clapping Music Stevea Reicha.




ps. hmmm a miało być o szczecińskim niemieckim kompozytorze Johanie Carlu Loewe. Na to wygląda, że ten organista poczeka do kolejnych wakacji albo suplementu.

środa, 31 sierpnia 2011

Powakacyjnie o klasyce cz.1

Dzieci poszły do szkoły, coraz więcej czasu zajmuje mi dojazd do pracy, ceny paliwa lekko w dół.

Koniec Wakacji i koniec przerwy wakacyjnej w publicznych instytucjach kulturalno muzycznych.

I ja także przerywam swoje milczenie.

Jednocześnie pragnę podziękować moim fankom i fanom (zwłaszcza jednemu bardzo namolnemu) za pamięć i doping do dalszej pracy na blogierskim polu.

Po wakacjach najlepiej wspomina się wakacje. Nikogo nie zaskoczę opowieściami o egzotycznej podróży na antypody, ale nie mogę narzekać na letnią kanikułę. Urlop spędziłem w Szczecinie i okolicach. Pogoda sprzyjała do spacerów, zwiedzania i zapoznawania się po trosze z historią miasta. I gdy tak przemieszczałem się po mieście carycy Katarzyn II, zauważyłem na jednym ze słupów ogłoszeniowych starą informacje o „Dniach Morza”, które zostały zorganizowane dwa tygodnie przed moim przyjazdem. W sumie, to nie byłoby o czym mówić. Nie byłem, nie widziałem, nie słyszałem. Studiując program obchodów doczytałem, że jednym z koncertujących zespołów był duet Safri Duo. Ten duński zespół niegdyś bardzo popularny, wdarł się przebojem do popowej świadomości Polaków. Obecnie każdy, kto chociaż raz łakomie spojrzy na lody Algida, czyni to między innymi za sprawą muzyki z reklamy lodów. Wykorzystano w niej utwór zespołu „Bongo Song”.

A skoro o letniej atmosferze mowa, to swego czasu na wakacyjnych listach przebojów królowała taka oto pioseneczka. Do klasyki przejdę za chwilę.

"All the people in the world" Safri Duo oraz Clark Anderson





Musimy dać wiarę, że w ich repertuarze jest Lutosławski, Bartok, czy Helweg. I tak od słupa przez lody do Bacha.



Dobrze. Skoro rozrywkowo już było, to teraz bardziej na poważnie. Safri Duo tworzą muzycy Uffe Savery i Morten Friis, którzy czują się świetnie wśród wszelkiego rodzaju instrumentów perkusyjnych. Zanim stali się na wskroś popowi, to muszę dodać, że karierę muzyczną rozpoczynali jako muzycy klasyczni. Utworów skomponowanych na instrumenty perkusyjne jest (według mojej wiedzy) bardzo mało. Duński kompozytor Per Norgard (proszę zapamiętać to nazwisko, gdyż jeszcze się na stronach tego blogu pojawi) częściowo łata tę kompozytorską dziurę. Przygotował on wariacje na podstawie Preludiów Jana Sebastiana Bacha na dwie perkusje i orkiestrę. Premierowego nagrania trzech części utworu dokonał zespół Safri Duo w 1998 roku, które zostało wydane na płycie Bach to the future.


Zapraszam teraz na posłuchanie pierwszego utworu z płyty na podstawie preludia C-dur J.S.Bacha w wykonaniu Safri Duo oraz Danish National Radio Symphony Orchestra pod batutą Thomasa Dausgaarda

Concerto for percussion duo and orchestra - I. C major Bach/Norgard




Na dzisiaj to może tyle ale zachodniopomorskiego jeszcze nie opuszczam, bo kilka wspomnień muzycznych jeszcze plącze mi się po głowie.

niedziela, 19 czerwca 2011

Muzyka promenadowa dla kajakowych melomanów

W jednym z wywiadów, dyrygent Maciej Niesiłowski zapytany Jak wygląda zapotrzebowanie na „muzykę promenadową"? odpowiedział, że „To w Polsce koncerty umarły, ale za granicą mają się świetnie. Ludzie chodzą po parku, siadają na ławeczkach i słuchają. Ale i u nas coś drgnęło”

I ja dzisiaj w sprawie tego drgnięcia.

Nie dawniej jak w piątek wybrałem się na koncert do odstawionej na wysoki połysk Sali Wielkiej Dworu Artusa. Toruńska Orkiestra Symfoniczna, tym razem pod batutą Janusza Przybylskiego zaprosiła nas na muzykę lekką, łatwa i przyjemną. Wraz z akordeonistą/bandeonistą Wiesławem Przadką mogliśmy posłuchać przede wszystkim utworów Richarda Galliano i Astora Piazzolli.

„Five Tango Sensation” A.Piazzolli w opracowaniu na bandeon i smyczki, to prawdziwy rarytas zważywszy, że opanowanie bandeonu, to nie jest takie hop siup. Wiesław Prządka nawet zaprezentował na czym polega trudność związana z tym instrumentem. Mechanizm guzikowy dla takiego laika jak ja, to czarna magia. Ogólnie gama c-dur powinna być prosta w zagraniu. Ale nie na bandeonie. Tam to wygląda zupełnie alogicznie. Widocznie trzeba skończyć studia aby na tym zagrać, lub urodzić się Piazzollą.

Pierwsza cześć koncertu wywołała burze oklasków, a druga to już był totalny aplauz.

A ja do drugiej części mam więcej zastrzeżeń.

Aranżacje popularnych walców francuskich, tang czy tematów muzycznych, na akordeon szybko zdobył sympatię publiczności. Po raz kolejny stara prawda, że lubimy słuchać tych piosenek, które już słyszeliśmy i tutaj się sprawdziła. Słuchacze rozbawieni, orkiestra uśmiechnięta od ucha do ucha, solista i dyrygent wyraźnie usatysfakcjonowani z takiego obrotu sprawy.

Ja i moja czepialska natura poczęła grymasić, że jest zbyt chaotycznie. Nie odmawiam muzyce chwytliwości, łatwego wpadania w ucho, inspirowania do przytupów, motywowania do tańca i śpiewu. Ale jak się bardziej wsłuchać, to aranżacje opracowane przez Krzysztofa Herdzina były pełne punktów kulminacyjnych. Można było się pogubić, czy to już koniec, czy tylko wpakowanie kolejnego znanego tematu filmowego. Nawet coda była słabo zaznaczona.

Najlepiej wypadła wiązanka Blue Medley tzn. najpopularniejsze piosenki Georga Gershwina w aranżacji Andrzeja Marko, którą teraz proponuję wysłuchać (no nie mogłem się oprzeć i kupiłem płytę). Przy okazji się dowiedziałem, że w Słupsku jest orkiestra symfoniczna, ponieważ to z nią Wiesław Prządka uprządł płytę. Płyta ma ten plus, że jak się znudzi, to można ją podarować, babci albo cioci lub przygodnie spotkanej kuracjuszce z sanatorium w Ciechocinku :)


Blue Medley - Wiesław Prządka i Polska Filharmonia Sinfonia Baltica Słupsk



Generalnie cały koncert (a zwłaszcza druga cześć) był bardzo „promenadowy”. Gdyby odbył się w parku, na bulwarze, na skwerze (może niekoniecznie w symfonicznej oprawie), to mógłby przyciągnąć nie tylko kajakowych melomanów*. Ten koncert, zamknięty w murach Dworu Artusa, stracił letni charakter. Do szerszego grona słuchaczy trudno będzie się mu przebić, a szkoda. Ci bardziej „wyrobieni” zaczną kręcić nosem, a mniej „wyrobieni" nie usłyszą.

I w tym widzę szansę na większe rozedrganie.

* określenie kajakowy meloman wzięło się z muzycznych spotkań w Nieszawie. Orkiestra koncertuje na promie przycumowanym do brzegu. Fajna zabawa. Proponuje kiedyś się wybrać :)

wtorek, 31 maja 2011

Bębenki i inne idiofony

Byłem. Zobaczyłem. Usłyszałem.
Sala koncertowa Zespołu Szkół Muzycznych w Toruniu, tym razem nie witała mnie z otwartymi drzwiami.
Aby dostać się na egzamin musiałem sforsować dyżurkę, hol, korytarz, łącznik, drugi hol i dopiero po tej wycieczce mogłem spokojnie usiąść na sali.
Koncert (?) był dla mnie z kategorii ciekawostek, ale jak mnie ktoś dzisiaj zapyta, czy nie żałuję, to szczerze mogę odpowiedzieć, że NIE.
Ponieważ koncert był pokazem umiejętnego wykorzystania instrumentow muzycznych oraz korzystania z nut, to i emocje głównie udzielały się rodzinie.

Powiem tak: koleżanka (matka egzaminowanego) solidnie uprzedzała, abym się nie nastawiał na "Bóg wie  co?". No i ja taki nienastawiony wysłuchałem w skupieniu propozycji muzycznych.

Jak na moje ucho, to początek był ..., później było OK, następnie było ..., ale finał całkiem niezły. Widać, że artysta :) w grupie czuł się raźniej.

Czas na gratulacje (abstarhuję od oglądu całości):
  • Gratuluję, a nawet podziwiam, że udało się opanować aż tak wiele instrumentów (nie każdy wie gdzie przywalić);
  • Gratuluję tego, iż pomimo złośliwości rzeczy martwych, to zimna krew została zachowana do końca (gdbyż można zawsze trzymać nerwy na wodzy)
  • I na koniec gratuluję aranżacji kompozycji Johna Williamsa. Każdy mógł zagrać sam ze sobą w "Z jakiego filmu jest ten kawałek?" ( "Jaka to melodia? - dla filmowców").
Johna Williams'a można z pełną odpowiedzialnością za słowo obwołać królem hitów muzyki filmowej. Nawet Ewenement, na swojej uroczystej rejestracji związku małżeńskiego zaproponowała fragment z Gwiezdnych Wojen. (Drogi Ewenemencie, to wykonanie na marimbie i wibrafonie (o ile sobie dobrze przypominam), które usłyszałem na egzaminie było o wiele fajniejsze, niż tej pani na skrzypkach).

Mało kto wie, że J.Williams parał się również komponowaniem całkiem poważnych utworów np. koncert wilonczelowy z 1994 roku. Mówię o tym tylko dlatego, że szukając w sklepie płyty z utworami klasycznymi  kompozytora  niestety musiałem obejść się smakiem. Muzyki z filmu pełno, a tej mniej filmowej jak na lekarstwo. W dodatku za takie pieniądze, że zrezygnowałem z zakupu.

Tu i teraz proponuję utwór z mojejgo ulubionego filmu S.Spielberga "E.T"

Johnn Williams "E.T.- theme"

sobota, 28 maja 2011

Minął ROK

365 DNI wymądrzania się na temat, którego absolutnie nie obejmuję moim małym umysłem.

W tym czasie:
  • moje aspiracje dotyczące muzyki klasycznej się nie zmieniły;
  • nie zaśpiewałem czyściej niż do tej pory śpiewałem (sylwestrowe karaoke pozwoliło mi nie czuć się gorszym. Jestem w doskonałym gronie "bezgłosowców");
  • "kariera" taneczna nie zawróciła mi w głowie. Nadal kibicuję tancerzom You Can Dance (do jurorów mam stosunek niezmiennie negatywny);
  • nuty nie odkryły przede mną swojej tajemnicy (ślepo wierzę w to, że prawdziwy muzyk jest w stanie zagrać wszystko, co zapisane jest w tych rodzynkach na pięciolinii)
Moja "laikowatość" na stronach bloga została wielokrotnie potwierdzona, ale nie zamierzam się z tego powodu biczować.

Post, który wzbudził największe zainteresowanie, to:
Nie wiem dlaczego akurat ten tekst ma najwięcej odsłon????? Przypuszczam, że złapali się na niego pasjonaci fizyki i astronomii.

Za wszystkie słowa otuchy, które otrzymałem, za sprawiedliwą i tą trochę niesprawiedliwą krytykę serdecznie dziękuję.

ps. uprzejmie donoszę, że Koniec Świata nie nastąpił, może uda się osiągnąć cel w blogowym roku bieżącym

niedziela, 15 maja 2011

Forever Bach cz.3

Ciepłe letnie wieczory, caipirnha i muzyka choro.

Wymarzony początek, środek i koniec lata. A wisienką na torcie Jan Sebastian Bach - mógłby być.

Od Bacha się nie uwolnimy. Jego kolejne wcielenia muzyczne sprawiają, że można na serio nabawić się obsesji ciągłej obecności tego kompozytora.
J.S.Bach umarł – musimy przyjąć to za pewnik, chociaż obecnie świadków tego zdarzenia jest brak.

Camerata Brasil w składzie:
Henrique Cazas – cavaquinoho; Marcilio Lopes – mandolina; Paulo Sa – mandolina, Marcus Ferrer – gitara dziesięciostrunowa; Jose P.Becker – gitara; Marcello Gonalves: gitara siedmiostrunowa; Omahr Cavalhiero – kontrabas; Belo Cazes – tamburyn i inne perkusje :) (powyżej instrumenty niezbędne do choro) zgotowała, a raczej nagrała doskonałe kawałki, które można wysłuchać. Dla bardziej ruchliwych mogą być inspiracją do tańca.

Ma Kuba swoją habanerę, ma Argentyna swoje tango. A Brazylia poza sambą – posiada również choro. Choro (bardzo silnie związane z Rio de Janeiro) narodziło się blisko 150 lat temu. Prawie zagubione w latach 60-tych XX wieku, na nowo odrodziło się w następnej dekadzie i poprzez różne aranżacje trwa do dzisiaj. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że niektóre utwory, to choro.

Aby nie być gołosłownym zapodam przykład:

"Tico tico no fuba" skomponowane przez Zequinha de Abreu w wykonaniu Urszuli Dudziak




Dzięki aranżacjom Henrique Cazasa płyta „Bach In Brazil” kipi południowoamerykańską energią. Ma płyta swoje podwójne znaczenie. Z jednej strony na nowo przedstawia kompozycje J.S.Bacha z drugiej popularyzuje choro.

I niech mi ktoś powie, że Bach, to tylko skrzypeczki, klawesyn i popisy organistów.

A teraz do porównania:

Koncert podwójny D-moll – Vivace w wykonaniu Camerata Brazil



Koncert podwójny D-moll – Vivace w wykonaniu Dariusza Polack i Kamila Drzyzgula oraz Łódz Chamber Orchestra



ps. w opisie płyty jest błąd. Zacytowany powyżej Koncert podwójny d-moll na skrzypce i orkiestrę w katalogu BWV ma nr 1043, a nie jak podano 1041. Ale czy ja się czepiam??? :)

wtorek, 10 maja 2011

Taki Modern, że aż Art

Mogłem zignorować koncert. Powiedzieć, że nic nie straciłem, bo bilet był za darmochę, a ja nie wszędzie być muszę. Z drugiej strony, po weryfikacji kalendarza stwierdziłem, że i tak nic godnego uwagi nie robię. Dlaczego zatem nie narazić się na swego rodzaju muzyczny strzał.

I to był strzał w nogę. Zespół Modern Art Ensemble z Niemiec zaproponował, taki repertuar, że …

Na początku chciało mi się śmiać. Nie znałem kompozytorów, nie znałem wykonawców. Nic z tego co artyści grali do mnie nie docierało. Kompilacja „Warszawskiej Jesieni” z walcownią w Hucie im. Lenina. Gdy przyjąłem na klatę pierwsze 30 min. dźwięków, to zachciało mi się płakać, bo nadal nic do mnie nie docierało. Czy ja już jestem taki głupi??? (pytanie jest retoryczne i nie wymaga, a nawet nie jest wskazane jego komentowanie). Utwór Toru Takemitsu „W kierunku morza” napisany na zamówienie Greenpeace potrafią odczytać tylko humbaki i to na kilkukilometrowej głębokości oceanu :)

Przez pewien czas zastanawiałem się, dlaczego w trakcie (kulturalnie w przerwie) nie wyszedłem z koncertu. Prawdopodobnie, przytrzymała mnie Sonata C.Debussego, którą artyści w programie umieścili na końcu. I popłynęła muzyka, bliższa memu gustowi. Proszę doceńcie moja wytrwałość.

Na koniec biłem brawo. Moje brawa należy zinterpretować w następujący sposób:

a) za to, że jednak C.Debussy dał szansę wykazać się artystom a mnie odetchnąć;
b) za to, że Zespół ma ciekawą (filmową) historię;
c) za to, że nie rozpraszały wykonawców dźwięki dochodzące zza okna Pałacu Dąmbskich;
d) za to, że przynajmniej muzycy coś z tego, co grali pojmowali.



Nie minęło 15 minut, jak z własnej i nieprzymuszonej woli pojawiłem się w najsmutniejszym gotyckim kościele św.Jakuba w Toruniu. Nie wiem dlaczego akurat tam Arsis Handbell Ensemble z Estonii mieli swój występ. Z pewnością racja jest po stronie organizatorów, że najlepszym miejscem, do tego typu przedstawień muzycznych, jest kościół. Akustyka sądzę, że wprost wymarzona do dźwięku dzwonów, dzwonków i dzwoneczków. Ale św. Jakub???? Strasznie zimno i wiało grozą. Zgromadzeni licznie słuchacze, nawet jakby nie chcieli bić braw, to w ramach rozgrzania się machanie kończynami było wskazane.

Ale brawa nie były wymuszone, gdyż muzycy rzeczywiście się napracowali (powinni otrzymywać wysokokaloryczne posiłki). Poza tym, uraczono nas nie tylko muzyką, ale też całkiem niezłym śpiewem. Gorzej było z rosyjskim dyrektora zespołu Aivar Mae, który akurat ten język wybrał do porozumiewania się z publicznością. W sumie sam język może nie jest Polakom obcy (zwłaszcza mojemu pokoleniu), ale akcent skandynawsko-estoński czynił go prawie niezrozumiałym. A Pan miał jeszcze zacięcie dydaktyczne i pytał bogu ducha winnych słuchaczy o daty, kompozytorów, znajomości demografii Estonii i tłumaczenie słów, których nie dało się przetłumaczyć.

Pomimo wszelkich niedogodności, zabawa była bardzo dobra. Repertuar przystępny i przyjemny, wykonany tanecznie i w oryginalnej aranżacji ….. Było na tle dobre, że nie mogłem oprzeć się pokusie zakupiłem płytę „Terra Mariana” u takiej sympatycznej Pani na prawo :) od wody święconej. I teraz „dżingl bels, dzingl bels in maj kar”.

Proponuje posłuchać dwóch utworów z płyty*:

Giulio Caccini „Ave Maria”  Arsis Handbell Ensemble z Heldur Harry Polda


Powyższy utwór został skomponowany przez Władymira Wawiłowa, przypisany G.Cacciniemu i tak już zostało. Mistyfikacja wyszła dopiero po latach.


Georg Bizet – „Festive Dance” Arsis Handbell Ensemble


 
 
* instrukcja słuchania utworów: najlepiej odtworzyć utwór z bumboxa w jakimś gotyckim kościele (nawet nie mówię o tym, że dobrze byłoby mieć taki kościół na własność). Jeżeli nie masz kościoła, to proponuje skorzystać z funkcji  karaoke i włączyć echo (niewielkie). Jeżeli nie masz "echa", to podbij basy. Jeżeli nie możesz podbić basów, to jakiekolwiek wyeksponowanie niskich tonów powinno uczynić słuchanie bardziej satysfakcjonujacym. Jak się nie chodzi na koncerty, to trzeba kombinować :)

środa, 4 maja 2011

W tym poście

Ponieważ zaległości jest sporo, dlatego od razu przejdę do rzeczy.

W tym poście nie będzie o wykonanych z fantazją VII Symfonią Ludwiga van Beethovena oraz III Symfonią Franciszka Schuberta pod batutą Jacka Kasprzyka. Bo wykonania były doskonałe, a maestro nie tylko emanował energią, ale także przykuł moją uwagę butami.
Powiem szczerze, że to były najbardziej świecące się buty na scenie. No może konkurencję stanowił pierwszy skrzypek Toruńskiej Orkiestry Symfonicznej. Ale fason – chapeau bas. Panie Jacku nie wiem gdzie pan kupił te buty, ale domyślam się, że mnie na nie nie jest stać. Jacek Kasprzyk wielkim mistrzem batuty jest i tyle.



W tym poście nie będzie o Bydgoskim Festiwalu Operowym i premierze „Cyganerii” przygotowanej przez Zespół Opery Nova. Brawa, które otrzymali wykonawcy z pewnością było słychać w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Była to w pełni zasłużona owacja. Po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że dobór śpiewaków i śpiewaczek do poszczególnych ról był trafiony i nic bym nie zmienił. Na scenie miała, królować młodość i królowała - w wizji i fonii. Przy okazji miło było posłuchać popisów wokalnych młodych artystów. Brawo! Brawo! Brawo!

W tym poście nie będzie również o nowym filmie w reżyserii Kennetha Branagha, ponieważ „Thor” jest kompletną klęską pod każdym względem. Ani scenariusz, ani gra aktorska, ani muzyka, ani nawet efekty 3D nie były warte pieniędzy, które wydałem. Szczerze odradzam, gdyż można się znudzić. No, chyba że robicie to w ramach Festiwalu Kiczu i Smuty X Muzy. Przeniesienie na ekran filmowy komiksu nie jest sprawą taką łatwą. Okazuje się, że bohaterowie są plastikowi i płytcy. Fabuła płaska i tak między nami więcej treści jest w bajkach dla dzieci niż w tym 2 godzinnym filmie. Nawet K.Branagh nie sprostał zadaniu, ale z przeprowadzonego z nim wywiadu wnioskuję, że będzie próbował dalej.



W tym poście zajmę się XVIII Festiwalem Muzyki i Sztuki Krajów Bałtyckich „Probaltica 2011”, który został zainaugurowany w Sali Koncertowej Zespołu Szkół Muzycznych w Toruniu. Chciałbym trochę poubolewać nad mizerią miejsc w mieście z „ambicjami”, w których mogą odbywać się w przyzwoitych warunkach koncerty. Gdzie nikt nikomu nie przeszkadza, gdzie nie muszę wyciągać głowy, aby dostrzec, kto gra; gdzie dźwięk nie odbija się od ścian powodując dudnienie, a odgłosy ulicy nie irytują słuchaczy; gdzie mam miejsce na nogi, bo nie przeszkadza klęcznik, ani krzesło sąsiada z przodu. Z takiej perspektywy sala ZSM im.K.Szymanowskiego prezentuje się jak wyspa na morzu niemożności toruńskiej infrastruktury muzycznej. Nie wiem, czy jest to najbardziej funkcjonalna sala dla muzyków - niech oni się wypowiedzą. Moje stanowisko jest jasne. To może być, co najwyżej dobry początek, a nie koniec (Sali Widowiskowo Koncertowej na Jordankach pewnie nie dożyję). To wszystko jest składową prowincjonalności, z którą boryka się Toruń. I niestety tak samo prowincjonalne jest to co Toruń próbuje wykreować. Pan Henryk Giza twórcom festiwalu przypomniał, że w tym roku festiwal osiągnął pełnoletniość. O dziwo BFO jest w tym samy wieku, a przepaść pomiędzy festiwalami olbrzymia. Mogę jedynie pogratulować determinacji organizatorom znad Brdy.

Na Festiwal (przynajmniej na inaugurację) udało się sprowadzić doskonały i utytułowany zespół Kremerata Baltica (Music Awards) z Litwy i jeszcze bardziej znanego w Polsce pianistę Lukasa Geniusasa. W ich wykonaniu koncert fortepianowy e-moll F.Chopina, to prawdziwie intrygująca muzyka. Zawsze słuchałem tego koncertu z symfonicznym składem orkiestrowym. Tym razem koncert był w kameralnej oprawie. I to jest, to co lubię najbardziej – zaskoczenie. L.Geniusas po raz kolejny udowodnił, że zasługuje na laury, a Kremerata Baltica pokazał energię, humor i skromność. Członkowie zespołu po wykonaniu "Trzech utworów w dawnym stylu" Henryka Mikołaja Góreckiego sami przepchnęli Steinway'a na środek dla pianisty. (czy w Toruniu nie stać nas na obsługę sceny?). Sorrki Prezydent. Może i wyglądasz jak „Loska bez włoska”, ale  sprawnością w składaniu życzeń solenizantowi (H.Gizie) przychylności melomanów nie zyskasz. Odniosłem wrażenie, że dla Pana Prezydenta obecność na sali była raczej obowiązkiem niż przyjemnością. W sumie nie każdego musi taka muza jarać. Przypominam tylko, że koncerty nie są organizowane dla zarządu miasta i całej prezesowskiej society, ale dla zwykłych obywateli. Prezesami i Prezydentami sal koncertowych się nie zapełni.

W przerwie koncertu uraczono nas zestawem soków (bo alkoholu w szkole nie podajemy – i słusznie), chociaż ja jestem miłośnikiem kawy. Szkoda tylko, że nie pomyślano o sprzedaży programów Festiwalu dla słuchaczy. Żenada. Wydruk z gazety raczej trudno nazwać programem (słoma z butów wychodzi przy takich właśnie drobiazgach). Uwaga!!! Zdobyłem dla siebie jeden egzemplarz na kredowym papierze. Ale nie chodzi przecież o to, aby kombinować. Jestem w stanie (i zapewne wiele innych osób na Sali) zapłacić.

Chcę powiedzieć, że artyści nie zawiedli. L.Geniusas w doskonałej formie (Pawle W. być może mniej koncertujesz od kolegi z konkursu, ale ewidentnie przytyłeś. A tak na marginesie powiem, że broda postarza). Kremeraty Baltica nie trzeba zachwalać tylko w te pędy zakupić jakąś ich płytę. Owacja na stojąco w pełni zasłużona.

Jestem przekonany, że gdyby nie czas (za chwile miał się odbyć kolejny koncert w innej części Torunia), to bisom nie byłoby końca.

Proponuje posłuchać dowcipnej wersji „Eine Klaine Nacht Music” W.A.Mozarta w wykonaniu artystów wieczoru.

sobota, 30 kwietnia 2011

Muzyczne źródła Primavery

        Oklaski i kwiaty dla Pani dr Elżbieta Szczurko były miłym zakończeniem wykładu, o tym jak ewoluował obraz wiosny na przestrzeni lat, a nawet wieków.

Muszę przyznać, że teraz inaczej spojrzę na ta zieloną porę roku przynajmniej w kontekście muzycznym. Inaczej będzie słonko świeciło, inaczej rosły kwiatki, inaczej śpiewały ptaszki.

A propos ptaszków, to kiedyś już wspominałem o O.Massienie, który uzbrojony tylko we własne ucho przekładał ptasie trele na zapis nutowy. To co wydaj się być pomysłem uduchowionego artysty jest całkiem poważną nauką zwaną ornitomuzykologią (uskrzydlony dział zoomuzykologii). Kiedy badacze ptasich odgłosów przyjrzeli się (a raczej przysłyszeli się) w 1957 roku poszczególnym gatunkom ptaków, to doszli do wniosku, że bezapelacyjnym muzycznym geniuszem jest drozd pustelnik (zamieszam obok zdjęcie ptaszka, bo talenty trzeba promować). Poza tym, aby delektować się ptasią muzyką, docenić jej naturalny kunszt i powab, należy…. przynajmniej czterokrotnie ją spowolnić. Wniosek z tego jest taki, że należy słuchać przyrody ale wolniej.

Gdybym opierał się tylko na współczesnej muzycznej analizie wiosny, to śmiało mogę wypowiedzieć, że ja Tej „wiosny” ni w za nie kumam. Już samo „Święto Wiosny” I.Strawińskiego wzbudzało tyle emocji podczas swojej premiery, potrafi wprowadzić słuchacza w muzyczne osłupienie. Osobiście gdybym był bardziej wrażliwy, to wstałbym i wyszedł z opery, ale że u mnie wrażliwość na pstrym koniu jeździ, to wysiedziałem na Strawińskim do końca. Ale Strawiński wielkim muzycznym rewolucjonistą był. Dla obecnych na premierze „Święta Wiosny” impresjonistów C.Debussego oraz M.Ravela Strawiński był nie tylko prekursorem nowego nurtu w sztuce muzycznej, ale generalnie w sztuce. Sami wymienieni nie stronili od wiosennych tematów. Cloud Debussy poczynił swego czasu „Korowody Wiosenne”, a Maurycy Ravel opracował orkiestrowa wersję kompozycji M.Musorgskiego „Obrazki z wystawy”. Szczególnie miłym dla ucha, zabawnym w formie i treści jest „Taniec Kurcząt”. Mniej więcej w tym samym czasie Giaccomo Puccini komponuje operę o zwiastunie wiosny i przekleństwie klatek schodowych „La Rondine” czyli Jaskółka.

To dla wszystkich i dla mnie również Modest Musorgski "Obrazki z Wystawy - "Taniec kurcząt"



Romantyzm pełen wiosny. Taki Fryderyk Chopin dla przykładu i jego melancholijno monotonna pieśń „Wiosna” (z fiołkami w tle – bo Chopin uwielbiał te kwiaty), czy rówieśnik Chopina Robert Schumann i jego Symfonia Wiosenna, to muzyczni piewcy wiosny. R.Schumann poprosił przed premierą wymienionej symfonii dyrygenta, aby pierwsze takty zabrzmiały, jak przebudzenie przyrody. Innymi słowy, jak to u romantyków bywa wszystko kręciło się wokół miłości i wiosny. Generalnie romantyzm wykorzystał w promowaniu wiosny tonacje molowe w przeciwieństwie do klasycyzmu, gdzie panoszyła się tonacja F-dur, a w baroku wiosną władały tonacje E-dur i G-dur. I tak można by snuć wątek o tonacjach, gdyby nie to, że ja nie mam pojęcia o co chodzi (sam ledwo je rozpoznaję).

Ale chyba wspomniałem o klasycyzmie we wiosennych kompozycjach. Nie obędzie się tutaj bez przypomnienia, że tak L.Beethoven skomponował „Sonatę wiosenną”, W.A.Mozart „Pieśń o wiośnie” a J.Haydn Kwartet smyczkowy „Skowronek”. Nie da się jednak ukryć, że największe zasługi dla wiosny ma barok i nieśmiertelne koncerty skrzypcowe „Cztery pory roku” Antonio Vivaldiego. Zostały skomponowane do sonetów (trochę anonimowych ale wielu uważa, że ich autorem jest Vivaldi). Z tych „Zawodów porządku z fantazją” powstał chyba najbardziej rozpoznawalny cykl koncertów.

Wiosna

Wiosna już nadeszła i ptaki wesoło
Radosną swą pieśnią wieszczą jej przybycie;
Zefir łagodnym tchnieniem fale toczy wkoło
Potoków, co rwą bystro, skąpane w błękicie.

Błyskawice i grzmoty, które w krąg słyszycie,
Wysłano, by ogłosić nowej wiosny tchnienie;
Ptaszęta przerywają zimowe milczenie,
Znowu śpiewem swym dzwoniąc na podniebnym szczycie.

I wnet się rozchodzi nad pola i drzewa
Szmer kwiatów, traw i liści w noworodnej pysze,
Kózka drzemiąc na słońcu gnuśnie się wygrzewa;

Wiejska kobza ją do snu łagodnie kołysze.
Pasterz nimfę porywa, a w tańcu im śpiewa
Wiosna, zaglądając w lśniących oczu ciszę.

Przekł. Krzysztof Lipka


Czyż nie urocze :) Gdy dodać do tego muzykę, gdzie zamiast partii skrzypiec wykorzystano flet no to mamy wiosnę pełną gębą. Niestety tego nagrania nie posiadam, ale fragment mogliśmy wysłuchać w trakcie wykładu. Superrr. Teraz czekam na koncert może z recytacją sonetów w wykonaniu Michała Żebrowskiego, bo śpiewać, to on nie potrafi.

Renesans swoimi madrygałami przetarł szlaki barokowi m.in słowami kompozytora Thomas Morley „Teraz jest miesiąc maj, kiedy weseli młodzieńcy bawią się ze swoimi dziewczętami na zielonej trawie”. Do tego było jeszcze sporo fa la la la. Dokąd ta młodzież zmierzała, czyli falalała ??? Od średniowiecznego symbolizmu trubadurów przeszło się do renesansowej dosłowności. Być może nawet Ryszard Lwie Serce w wolnych chwilach wyśpiewywał pieśni prowansalskiego trubadura Raimbaut de Vaqueiras „Kalenda Maya”.


A wszystko zgodne ze średniowiecznym poglądem, że muzyka nie powstaje na skutek ludzkiego działania, lecz z boskiego stworzenia.

Wykład rozpoczął się małą wtopą organizatorów Toruńskiego Festiwalu Nauki i Sztuki. Pani doktor dostarczono sprzęt bez głośników. Nie wiem czego się spodziewano? Że kobieta dośpiewa poszczególne kawałki? Szczęśliwie naprędce skombinowany bumbox uspokoił zestresowaną kobietę.

I na koniec dodam, że Festiwal nie tylko samym Rafałem Blechaczem stał. Mówię to z rozżaleniem w głosie, gdyż nie udało mi się dostać wejściówki na spotkanie z pianistą.