Postanowiłem, przeczytać jakieś czytadło. Miało to być coś nieskomplikowanego i najlepiej w temacie klasycznym (proszę nie posądzać mnie o ortodoksję czytelniczo muzyczną, że jak czytam, to już tylko klasyka i nic poza tym).
Patrzę sobie, a tutaj na półce w księgarni stoi i kusi gerberem „Duch Mozarta” Julii Cameron. A co tam, niech chociaż raz zatopię się w romansie. Dodatkową zanętą była informacja o autorce: amerykańska poetka, scenarzystka, kompozytorka, i pisarka oraz współpracowniczka swego byłego męża, Martina Scorsese.
Myślę sobie - kto jak kto, ale osoba, która na romansach wielkich i małych Hollywoodu zjadła zęby, zaprezentuje nie tylko klasę, ale także pazur.
I już dłużej nie będę ukrywał, że zostałem przez lekturę sponiewierany. Im dłużej czytałem, tym bardziej się zastanwiałem, dlaczego ja to robię.
UWAGA!!! CZYTASZ DALEJ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ! W TYM POŚCIE ZDRADZAM ZAKOŃCZENIE KSIĄŻKI.
Historia w skrócie wygląda tak:
Anna jest nauczycielką i medium jednocześnie. Edward pianistą, który przygotowuje się do konkursu. Mozart jest Mozartem tylko w stanie lotnym, jak tytuł książki wskazuje. Ona kontaktuje się z duchem, który ją drażni. Nie znosi także pianisty. Pianista jest miły, ale bardzo nieśmiały, bez większych doświadczeń damsko męskich. (w książce występują, także geje, szalone koleżanki, ekscentryczni artyści, akwaryści, irytująca rodzinka, społeczność Nowego Jorku oraz Ann Arbor). Schemat lektury jest bardzo prosty. Anna z Edwardem tworzą parę. Na jednej stronie ona go nie kocha, na drugiej go jednak kocha, później znowu go nie kocha (on w międzyczasie jest cały ogłupiał, bo nie wie czy ona go kocha). Ale coś w nim ją urzekło, dlatego jednak go kocha, ale mu tego nie powie. Mozart o profilu osobowym duszka Kacpra udziela rad na poziomie uczestnika Warsztatów Terapii Zajęciowych. I tak przez 300 stron. Gdy dochodzi do wielkiego rozstania ona cierpi. Jednak na ostatnich stronach ich drogi się banalnie krzyżują. Od tej pory mogą już żyć tylko długo i szczęśliwie.
Masakra intelektualna. Najgorsze jest to, że książka miała być, jak twierdzi Erica Jong* „Poruszająco zabawna”. Cóż. Ani nie była zabawna, ani nie poruszyła. Zabawne było to, że ja jednak doczytałem ją do końca licząc naiwnie na nagły zwrot akcji (chociaż malutkie przyspieszenie). Echhh gdyby chociaż Edward okazał się kobietą – no nic z tych rzeczy. Rozczarowałem się sobą, a nawet czuję do siebie wstręt.
Ale tym sposobem zrozumiałem. Romans nie jest dla mnie. Nawet z tysiącem kompozytorskich duchów unoszących się nad głównymi bohaterami.
W tym momencie nie będę oryginalny i zacytuję koleżankę Ewenement, która po części zainspirowała mnie do napisania powyższego i poniższego tekstu „Przyznaję, że w moim wypadku znacznie lepiej sprawdzają się czytadła kryminalne niż romansowe”.
Na szczęście mam jeszcze kilka innych książek zupełnie nieskażonych piórem Julii Cameron.
Dla wiernych czytelników proponuję chwilę wytchnienia przy najbardziej romansowym kawałku skomponowanym przez W.A.Mozarta. Koncert fortepianowy nr 21 (K.467) „Elwira Madigan” Andante.
I na tym zakończę :)
*Bóg jeden wie kim jest Erica Jong






