Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Verdi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Verdi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 listopada 2010

Stifellio gorszy brat Rigoletta

Drugie podejście i pomimo "braku szału" udany wieczór operowy.
Tak w wielkim skrócie mógłbym opisać niedzielne spotkanie z operą "Stiffelio" Giuseppe Verdiego. Tym razem miałem okazję posłuchać utworu w Teatrze Wielkim w Poznaniu.
W tym roku teatr obchodzi 100-lecie swojego istnienia. I tak przy okazji sobie pomyślałem, że kiedyś ludzie, to musieli mieć bardzo krótkie nogi. No nijak nie idzie na widowni wyprostować swoich "protez". Przemieszczenie się w rzędach, to nie lada wyzwanie akrobatyczne. Ale  prawdziwi fani, opery, baletu czy spektakli teatralnych nie takie przeszkody są w stanie pokonać. Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłem i wysłuchałem "Halki" Stanisława Moniuszki. Już wtedy mi się wydawało, że teatr jest trochę przyciasny dla widza. I pewnie, to skojarzenie zostanie ze mną już do końca. Jedno co mogę dodać, to to, że w przyszłym roku widownia ma przejść gruntowną przebudowę i zapewne stare kości gości teatralnych uzyskają należną im przestrzeń.

     Ale wróćmy do tematu. W ramach X Poznańskich Dni Verdiego opera poznańska wystawiła/wystawia kilka tytułów tego znanego kompozytora. Można zobaczyć m.in. "Makbeta", "Falstafa", "Trubadura" czy słynnego "Rigoletta". Ja miałem okazję zapoznać się ze "Stiffelio". Ponieważ fabuła opery jest porąbana jak nieszczęście, to odsyłam wszystkich do opracowań i skrótów. Każdy niech sam spróbuje ją zrozumieć. Ale to nie przeszkodziło autorowi przygotować dobra miłą dla ucha kompozycję. Po prostu opery się dobrze słucha. Treść jest jakby na dalszym planie. Z informacji, które przeczytałem w programie

(teraz długa dygresja dotycząca programu- jeżeli wielkie i małe sceny teatralno operowe nie wiedzą jak przygotować program, to odsyłam do Poznania. W książce, która nie należy do najdroższych - 12 zł - można przeczytać streszczenie utworu, historię utworu, kompozytora i librecisty oraz co dla mnie szczególnie cenne samo libretto z tłumaczeniem na język polski. Wszystko ujęte w kontekście epoki, w której dzieło powstawało. Chciałbym zwrócić na to szczególną uwagę, gdyż generalnie teatry oszczędzają na czymś tak banalnym jak papier. "Stiffelio" nie należy do najpopularniejszych kompozycji, dlatego tym cenniejsze jest dobre przedstawienie samego utworu)

sam G.Verdi podszedł do opery bardzo lekko, gdyż większość swojego artystycznego geniuszu w tym czasie zagospodarował dla "Rigoletta". Nawet jej później nie poprawił, co nie pomniejszyło jakoś specjalnie wartości samego utworu. Doprawdy, nawet dla tych, co to nie za bardzo są z opera za pan bart, może ona przypaść do gustu.

I mnie też ona przypadła. A zwłaszcza pewne sympatyczne zdarzenie na scenie. Na początku III aktu kiedy  Stankar (ojciec Liny, która zhańbiła dobre imię rodziny) marzy o zemście i pojedynku śpiewak Vittorio Vitelli przerwał arię. I to tak przerwał, przerwał. Publika lekko zdezorientowana - o co chodzi. A on zwracając się w swoim ojczystym języku do dyrygenta też Włocha Eraldo Salmieri przerosił i poprosił o powtórzenie aktualnie śpiewanego fragmentu. Do publiczności zwrócił się po angielsku. Mniej więcej "Przepraszam, to jest mój debiut na tej scenie w tej roli, a praca musi być dobrze wykonana". No nie powiem jaką zyskał sympatię, gdyż tak między nami, takim zabiegiem ukradł spektakl tytułowemu Stiffelio (Karol Bochański). Publika biła brawo. Chociaż do końca nie jestem przekonany, czy się połapała, że artysta się pomylił. Może ten fragment nie był wyśpiewany tylko wymruczany, ale aby od razu kajać się przed publicznością - w Polsce jest to niespotykane. Generalnie Polacy brną dalej. Tylko ci, którzy dobrze znają utwór są w stanie wychwycić oszybkę :). Chyba, że ktoś fałszuje lub rozjeżdża się z orkiestrą, no to wtedy słychać, że coś jest nie halo :)

Udało mi się znaleźć duet Stankara i Liny z 2007 roku zarejestrowany w Teatrze Wielkim w Poznaniu. W  postać Stankara wcielił się Adam Szerszeń, a Line grała Monika Mych. Zapis jest ze wszystkim niedogodnościami, czyli np. skrzypiącą podłogą. Jednak na "żywca" jęków klepek nie słychać. Tylko "jęki" ze sceny :). Ponieważ, nie widać pierwszej linijki napisów nad sceną powiem, że chodzi o to, iż ojciec nakrywa  córkę, jak pisze list do swojego kochanka. Jest oburzony jej postępowaniem. Ona tłumaczy się, że "wbrew jej woli została w bagno grzechu wciągnięta".

Giuseppe Verdi "Stiffelio" - orkiestra TW Poznań pod batutą Eraldo Salmieri - Akt I scena VII



Jakby nie było wieczór mogę zaliczyć do przyzwoitych pomimo:
a) klasycznego problemu z ekspresami do kawy - powtórka z Łodzi
b) rekwizyt na scenie (książka z zamkiem), który w swoim założeniu miał być zamknięty permanentnie się otwierał - komiczne, a sprawa była poważna.
c) wąskie i długie rzędy krzeseł oraz okopujący je ludzie uniemożliwiły mi wyjście na drugą przerwę
Ale to już tak na moim marudzącym marginesie.

wtorek, 9 listopada 2010

Czy warto zabić się dla Nabucco?

       Pierwej należałoby rozbudować pytanie, czy warto zabić się na krajowej jedynce dla "Nabucco"?
       Polskie drogi jakie są takie są. Nie jest, to blog o rodzimej infrastrukturze, dlatego podaruję sobie wszelkie utyskiwania i marudzenia na temat komfortu jazdy. Ten komfort wyraźnie obniża się w trakcie jesiennej szarugi, kiedy to deszcz, koleiny i kierowcy samobójcy mówią ZAWRÓĆ.
Ale nie. Gdzie tam. Jakie zawróć?! Przecież tam, daleko czeka na mnie prawdziwa uczta dla oka i ucha. Dlatego pojechałem do Teatru Wielkiego w Łodzi, aby wziąć udział w tej wysublimowanej uczcie duchowej. Opera Giuseppe Verdiego "Nabuchodonozor" (dla przyjaciół Nabucco) oferującą uderzającą dawkę partii chóralnych od lat nie schodzi z afiszy wielkich scen świata i większości polskich. Cóż może się wydarzy???

- Nuda i papudractwo -

   Źle się zaczęło już w trakcie uwertury. Kiedy orkiestra pod wodzą Piotra Wujtewicza wprowadza widzów w nastrój i przedstawia główne motywy muzyczne, lud powinien karnie czekać, aż kurtyna pójdzie w górę. Ja wiem, że dla poniektórych może się wydawać trochę przydługo (w końcu przyszli na operę a nie  słuchowisko radiowe). Wiem również, że uwertura do Nabucca ma to do siebie, że po fragmencie Va pensiero muzyka przycicha, tak jakby zapowiadała koniec. Ale moi drodzy. To tylko taka "zmyłka". W rzeczywistości do wysłuchania mamy jeszcze parę minut utworu. W związku z tym - RĘCE PRZY SOBIE - nie kłapcie łapami. Co ta orkiestra ma zrobić? Zatrzymać się i posyłać całusy rozhisteryzowanym fanom? A może są tacy, którzy chcieliby posłuchać do końca utwór w spokoju? Co??? Ale nic to. Myślę sobie, że orkiestra nie jest winna publiki (która tłumnie nawiedziła spektakl - mniej więcej 1000 osób). 
Kurtyna w górę i........

- Przepraszam, Kto zgasił światło????? -

Na scenie było po prostu ciemno. Monumentalna scenografia tonęła w mroku..Niestety, tak pozostało do ostatniego aktu. Co gorsza nawet kiepskie oświetlenie, nie było w stanie ukryć żenującej jakości scenografię. Nie powiem - pomysł świetny ukazujący potęgę Babilonu. Tylko, że ta potęga była zbudowana ze styropianu pochlapanego farba w kolorze zgniłej zieleni. 
Teraz coś o kostiumach. Przyznam, że nawet nie szukam winnego. Ale to musi być zagorzały miłośnik frędzelków. Wszystkich, których można było ubrać we frędzelki, przyobleczono. Chyba musiała być posezonowa wyprzedaż draperii ponieważ soliści, żołnierze i kapłani mieli uszyte stroje z tej samej beli materiału. Przynajmniej tak wyglądało. 

- Ruch sceniczny -

Przejdźmy się po przekątnej będziemy dłużej na scenie (zapewne dyrekcja płaci od wychodzonych na scenie kroków - niekoniecznie z sensem).

- Klu programu -

Grubaśny Izmael (Krzysztof Bednarek) wyznaje miłość w dramatycznych okolicznościach Fenenie (Agnieszka Makówka). Współcześni reżyserzy mieliby kłopoty z obsadą. Od pewnego czasu nie tylko głos się liczy na scenie. Jak się gra amanta, to się jak amant powinno wyglądać. Sorki Izmael vel Bednarek - trzeba by nad sobą popracować (może siłownia?). Ktoś mi powie, że się czepiam tuszy, a przecież L.Pavarotti, to do filigranowych nie należał. Zgoda. Ale ten, to przynajmniej śpiewał. Niestety  albo ja jestem głuchy albo Bednarek nie był w formie. Z pewnością muzyka była z głośno. :) Ja po prostu faceta nie słyszałem. A to oznacza, że mogłoby go nie być. 
Tak między nami, to warto było posłuchać Zenona Kowalskiego i Monikę Cichocką oraz chóru. Kowalskiemu (Nabucco) i Ciechockiej (Abigaille) orkiestra nie przeszkadzała. 
I to z grubsza wszystko. Do oprawy pozascenicznej odniosę się w postscriptum. 

- Próba odpowiedzi na postawione w temacie pytanie -

   Jeżeli, ktoś koniecznie chciałby zginąć, to tylko i wyłącznie dla III i IV aktu opery. Popularne do bólu Va pensiero oraz wyraziste kreacje (artystom chciało się śpiewać) Kowalskiego i Ciechackiej, dobra scena finałowa (poza pęknięciem posągu Baala - kicz i niedoróbka) podratowały całą operę.

Generalnie szkoda kasy na paliwo. Można przecież kupić sobie DVD i zobaczyć jak, to robią profesjonaliści. W domu ciepło, nie pada, nikt nie świeci "długimi" po oczach.

Zaskoczony jestem podwójnie. Bo pomimo średniego na pograniczu kiepskiego spektaklu, to i tak cześć publiki oklaskiwała artystów powstawszy z miejsc. Zapewne, to ta cześć, która chciała przerwać uwerturę. Druga część nie klaskała w ogóle - zgadnijcie do której należałem :)

Dla spragnionych muzyki zapodaję dwa utwory.
1) G.Verdi - Nabucco - Uwertura. Proponuję zwrócić uwagę na to, kiedy utwór się kończy, coby uniknąć obciachu. Orkiestra Opery Narodowej w Budapeszcie



2) G.Verdi - Nabucco - Va pensiero, sull'ali dorate - hitu nie może zabraknąć. Chór i orkiestra Opery Wrocławskiej




ps.1) Teatr Wielki w Łodzi został oddany w 1967 roku. I czas się w nim zatrzymał. Gierek pewnie by się ucieszył - ja już mniej.  Trzeba chyba pomyśleć o nowym wystroju. Nie zawsze zapach PRL-u, to najlepszy zapach. Kiedyś mi to nie przeszkadzało, ale teraz już zaczynam się czepiać. Płacę, to wymagam. Sugeruję rozpocząć rewitalizację od toalet. Chwała Bogu od grudnia 2011 rozpoczyna się modernizacja. Trzymam kciuki i liczę na pozytywne, estetyczne zaskoczenie.

ps.2) Wiem, wiem. Jak ktoś chce się napić kawy, to lepiej niech skorzysta z kawiarni. Nie przewidziano tylko tego, że pierwszy akt tak wymęczy słuchaczy, że tylko kawa mogła uratować drugi. Nie doczekałem się. Ekspres w bufecie okazał się za mały w stosunku do liczby spragnionych kawoszy. Wiadomo nie tylko ja przysypiałem. Rozwiązania są dwa. Albo bardziej wydajny ekspres, albo bardziej porywające spektakle.
(Pani w bufecie była tak dobra, że zarezerwowała mi stolik na kolejna przerwę. To było miłe)

ps.3) Jak na Teatr Wielki, to program (papierowy dodatek do tego co się słucha - niektórzy lubią poczytać) skromniutki. Teatr się nie wysilił. Chociaż w tym wypadku nie za bardzo było o czym pisać. A tak a propos, gdzie można kupić płyty w teatrze? Jak ktoś zna odpowiedź, to proszę o kontakt.

ps.4) Jak dobrze, że się na tym nie znam. Przynajmniej nie muszę tłumaczyć (usprawiedliwiać) tego czego byłem świadkiem. Tylko niech nikt mi nie mówi, że to ponownie wszystko przez Żydów.

środa, 27 października 2010

Dies Irae i niebieski chaperon

W trakcie niedawnej wyprawy do Gdańska skorzystałem ze sposobności i odwiedziłem z przyjacielską wizytą Muzeum Narodowe, a dokładniej Oddział Sztuki Dawnej. Warto było poświecić odrobinę czasu, aby z bliska przyjrzeć się takim dziełom jak "Pejzaż zimowy z łyżwiarzami i pułapką na ptaki" Pietera Breughel'a czy "Portret mężczyzny czytającego książkę" Hansa Memlinga. Ponieważ na malarstwie znam się jeszcze gorzej, niż na muzyce klasycznej, dlatego swoje wypowiedzi ograniczę do ohh-ów i ahh-ów nad precyzją i dbałością o szczegóły u XV - XVII wiecznych malarzy flamandzkich i holenderskich. Wierność w uchwyceniu postaci oraz detalu w ubiorze i biżuterii godna jest podziwu. Lepiej można zrobić już  tylko zdjęcie. I jeszcze ta intensywność, soczystość barwy. Prawdziwa uczta dla oka.

Nie rozumiem tylko tego całego zamieszania wokół "Mężczyzny w niebieskim chaperonie" Jana van Eyck'a. Małe toto, niewyględnę i czym do diabła jest ten chaperon. Ja widziałem chustkę z frędzelkami na głowie gościa z pierścionkiem w dłoni (nota bene uruchomiony został program, który ma odtwarzać biżuterię umieszczoną na obrazach). Moja babcia by tego nie założyła sobie na głowę.:)))
Dodam, że przygotowana dla odwiedzających galerię kolekcja pochodzi ze zbiorów rumuńskiego Muzeum Narodowego Brukenthala w Sybin. (w 2007 roku Sybin pełnił funkcję Europejskiej Stolicy Kultury, to może być dobrą wróżbą dla Gdańska). Wystawę można oglądać do końca tego roku. Trochę czasu jeszcze zostało. Później obrazy wrócą do swojej siedmiogrodzkiej siedziby.

Nam pozostanie "Sąd Ostateczny" - tryptyk Hansa Memlinga, który na szczęście jest własnością odwiedzonego przeze mnie muzeum. Nie będę się zajmował poplątanymi dziejami obrazu oraz jego wędrówkom po Europie. Przyglądając się dziełu (nie użyję słowa studiując) trudno oprzeć się eschatologicznym refleksjom. Ciekawe, po której stronie obrazu znajdę się, kiedy zabrzmią trąby :) W końcu w kulturze chrześcijańskiej (a Polak, to wiadomo, że tylko Katolik), śmierć to dopiero początek. Czy szedłbym po brunatnej spalonej ogniem piekielnym ziemi, czy też podążał po zielonej trawie wprost do bram raju :) A tak między nami, nie bardzo mi się spieszy, aby poznawać prawdy ostateczne :)

Z jednej strony szkoda, że do oprawy nie dołączono muzyki w postaci np.fragmentu Requiem (Dies Irae) W.A.Mozarta



albo Dies Irae z Requiem G.Verdiego.



Swoją drogą - muzycznych odniesień do Dnia Sądu było bardzo wiele. Od wspomnianych wyżej kompozytorów do współczesnych twórców jak Beniamin Britten, czy bliższego nam Krzysztofa Pendereckiego. Jest coś w tym "ostatnim dniu na ziemi", co pobudza wyobraźnię (malarsko-muzyczną zwłaszcza) :).

Z drugiej strony. Dodatkowa oprawa muzyczna mogłaby rozpraszać tych, którzy przybyli delektować się samym obrazem. Pewnym rozwiązaniem jest wykorzystanie mp3 i w trakcie bacznej obserwacji dzieła dla spotęgowania wrażeń puszczać, co bardziej trwożne kawałki chociażby zacytowanego muzycznie G.Verdiego.

W związku ze zbliżającym się świętem Wszystkich Świętych (przez poniektórych nadal zwany "świętem zmarłych" brrrrr) proponuje wysłuchać jeszcze jednego barokowego utworu muzycznego z bardzo wyraźnie wyśpiewanym tekstem Dies Irae Tomasza z Celano. Karaoke nie proponuje, bo to byłby już brak taktu ale tekst można znaleźć tutaj. Jean Baptiste Lully Dies Irae



ps. w trakcie wizyty w muzeum ujawnił się mój brak obycia w galeriach (a to dziwne, bo jestem w nich tak często) :). Kontemplując malarstwo otrzymałem sms z parazaproszeniem na wspólny wypad do kina (Ewenement dziękuję za pamięć). Aby nie przeszkadzać innym opuściłem  sale ekspozycyjne. Z biegłością pianisty na klawiaturze począłem wystukiwać odpowiedź. Nie zdążyłem napisać dwóch słów, kiedy podszedł do mnie gniewny ochroniarz muzealny i powiedział: Jeżeli chce pan korzystać z telefonu, to niech pan idzie na schody. Ponieważ z natury jestem bardzo uprzejmy postanowiłem spełnić życzenie, które brzmiało jak rozkaz. I uwaga, zrobiłem .... trzy dosłownie trzy kroki do tych schodów, gdzie już w pełni mogłem korzystać ze zdobyczy techniki i z bólem serca usprawiedliwić swoją nieobecność na filmie.